fot. sabina zając

 

Nie tylko na lipach, ale na olchach, klonach, orzechach, porzeczkach pojawiają się teraz dziwne, często bardzo kolorowe wyrostki. To obraz żerowania pajęczaków, szpecieli.

Do najładniejszych należy różkowiec lipowy. Czerwone wyrostki na liściach to skutek enzymów jakie szpeciel wprowadza do liścia. Bardzo je niestety w ten sposób osłabia. Mają problem z przyswajaniem chlorofilu. Szybciej zasychają i opadają.

Szpeciele nie niszczą roślin, ale je znacznie osłabiają. Gdy jest ich niewiele, wystarczy zdjąć zaatakowane liście i je spalić. Można je też opryskać wyciągiem  z rumianku lub krwawnika, albo herbatą. Można też użyć innego naturalnego preparatu przeznaczonego dla szkodników ssaco-gryzących.

Nasz ogród jest naturalny... prawie. Wiejski... za wyjątkiem pewnych szczegółów. Swojski, z roślinami polskimi, chociaż zdarzają się i obce, ale udomowione.

W niektórych sytuacjach poszliśmy na kompromis.

 

 

 Ten mały domek to wejście do piwniczki ziemnej, betonowej, bo tak już było zastane. Ale beton zasypaliśmy ziemią i powstał naturalny skalniak.

Domek pokryty onduliną, bo tania, można ją samemu położyć, a do tego przypomina starą płytę falistą, którą zastąpiła.

Płyty chodnikowe są kompromisem między brodzeniem w błocie, a chodzeniem raczej suchą nogą. Płytki są małe i tak położone, by było miejsce na trawę. Sprawia ona nieco kłopotu, ale za to jest nieco naturalniej.

 

 

 A to już widok zza drewnianego płotu. Sąsiad bociek odwiedził nas pierwszy raz. Radość wielka. Chcieliśmy też bociana zaprosić do ogrodu, ale żal nam się zrobiło żyjących w stawie żab i ryb, do których już i tak dobierają się dzikie kaczki.

 

 

 Staw wykładany folią to duże ułatwienie pracy przy jego budowie. Ale Hubert - pies dzieci, nie mógłby w nim brodzić. Zrobiony jest zatem z jednowarstwowej wylewki betonowej, z łagodnymi brzegami, by pies mógł łagodnie zejść do wody. Polne kamienie zebrane za płotem to sposób na ukrycie betonu, ale także miejsce w którym w sposób naturalny rozwijają się rośliny wodne i bagienne. Teraz ich nie ma, bo kamienie dopiero co ułożone po koniecznej renowacji stawu.

 

 

 Nie lubimy wycinać drzew. Ale czasem zostają pniaki po starych obumarłych. Czekamy aż nadgniją, a potem autko z wyciągarką okazuje się niezastąpione.

 

 

 Na pierwszym planie lepiężnik... japoński, pstrolistny. Z jednej sadzonki w ciągu trzech lat zrobiło się poletko. Lepiężnik jest jadalny, a do tego rozrasta się w sposób naturalny, bo posadziliśmy go w cieniu leszczyn, tuż przy kompostowniku. Ma więc naturalne zasilanie. Pstre liście tak nas zachwyciły, że zaakceptowaliśmy japońskość, a było to tym łatwiejsze, że w ogrodzie mamy jeszcze lepiężniki pospolite, różowe, rodzime.

Z tyłu kolejne ustępstwo czyli magnolia, ale kwitnie tak pięknie że ulegliśmy.

 

 

A przy kamiennym budynku gospodarczym długo podziwialiśmy zaschniętą, kilkudziesięcioletnią robinię. Obrosła trzmieliną pnącą. Teraz, gdy po wichurach przechyliła się na kamienny budynek gospodarczy, obcięliśmy całą koronę, ale zastąpiły ją wiotkie gałęzie trzmieliny z wiecznie zielonymi listkami. A przed drzewem pięknie rozrasta się nasz lepiężnik różowy, pospolity, a niepospolicie piękny.

fot. sabina zając

 

 

 fot. sabina zając

Poskrzypka liliowa jest piękna. Piękniejsza nawet od biedronki ze swoim jaskrawoczerwonym, metalicznym kolorem. A nazwę zawdzięcza specyficznej reakcji na zagrożenie: pociera odwłokiem o pokrywy na tyle głośno, że słychać głośne skrzypienie. Ale niestety potrafi ona i jej larwy zniszczyć całe liście lilii, szachownicy. Jak jej nie zauważymy, chociaż to trudne, to łatwo odnajdziemy ślady żerowania po dziurach wygryzionych w liściach. Szlachetną lilię potrafi ogołocić. Możemy poskrzypki wyłapywać, ale to trudne, bo szybko biegają. Możemy usuwać czerwone jajeczka widoczne na spodzie liści, ale przy masowym ataku to bardzo pracochłonne. Ponieważ poskrzypka to kuzynka stonki, ja bez skrupułów niszczę ją kiszonką z tytoniu (niedopałki z papierosów zalewam wodą i czekam aż płyn sfermentuje). Można też używać wywaru lub wyciągu z tytoniu. Jest to koniecznie, szczególnie że poskrzypka  niszczy nie tylko lilie, ale także szachownice, kokoryczki i konwalie. A w tym roku są bardzo licznie. Dlatego zabieg będę powtarzał co tydzień.

Pogoda wszędzie podła, ale i jej zawdzięczać możemy piękne doświadczenia. Dla nas takim jest niepowtarzalny widok cebulic syberyjskich i śnieżników lśniących... w śniegu. Tak wygląda teraz najpiękniejszy o tej porze park w Łodzi, park biskupa Michała Klepacza.

 

 

Te kwiatki przed pałacykiem to śnieżnik lśniący porastający pół parku - część wschodnią. Kwiatki są błękitne, z jasnym oczkiem i główkami podniesionymi do nieba. Tworzą delikatną, błękitną murawę.

 

 

A to już cebulice syberyjskie, z opuszczonymi główkami, ciemnoniebieskie.

 

 

Cebulice syberyjskie okrywają zachodnią część parku.

Czy jest w tej chwili gdzieś w Polsce piękniejsze miejsce?

fot. sabina zając

 Glicynia - wisteria

Strąki wisterii jeszcze tydzień temu były zwarte i twarde. Teraz szybko się rozpękły i wystrzeliły nasionami. Widok niezapomniany. A obserwujemy to z bliska, bo pnącze prowadzimy jak drzewko. Wiotkie łodygi związane są w jeden pień wysoki na 180 cm, a wyżej rozkładają się wiotki gałązki, na których latem pojawiają się kwiaty.

 

 fot. sabina zając

 

Inne cebulice

Cebulice kojarzymy zazwyczaj z delikatnymi, niebieskimi kwiatkami.  Ta na zdjęciu wygląda inaczej. To cebulica Tubergena o bladoniebieskich kwiatuszkach. Kwitnie jako pierwsza. Mamy jeszcze odmianę o białych kwiatkach - rzadkość, ale gdzieś się w ogrodzie zapodziała. Może jeszcze za wcześnie.

 

 fot. sabina zając

 

 Trujący bluszcz leczy

Pospolity, zimozielony bluszcz obrasta u nas stare robinie, czyli akacje. Ma już kilkanaście lat, ale dopiero drugi rok mamy okazję oglądać jego delikatne, drobne owoce. Teraz powoli dojrzewają. Przetrwały, bo zima była bardzo łagodna. Te owoce są dla ludzi bardzo trujące. Podobno nawet samo przesiadywanie pod bluszczem jest niebezpieczne, szczególnie dla osób ze skłonnościami do alergii. Może powodować nieżyty nosa, a nawet astmę. Ale bluszcz ma też właściwości lecznicze, tyle że nie w Polsce a w Niemczech. Tym niemniej można go użyć do... kąpieli. Liście pomagają bowiem w chorobach reumatycznych. Także przy migrenie. Nie Udało mi się znaleźć żadnych informacji o zastosowaniu owoców, ale i tak kusi mnie by je zerwać i ususzyć...

 

 fot. sabina zając

 

Wędrujące przylaszczki

Znowu zaskoczyły mnie przylaszczki, nie tyle że kwitną, ale to że pojawiły się  w nowym miejscu, gdzie sadzone nie były. A cała zasługa jest w mrówkach (jak dobrze, że są w ogrodzie), które roznoszą nasiona kwiatu. Skąd ta miłość mrówek akurat do tego kwiatka? Otóż nasionka mają smakowity tłuszczyk. Zbierają więc je, a  objadając się tym tłuszczykiem roznoszą roślinę po ogrodzie.

 

fot. sabina zając