fot. sabina zając

 

To chyba najmniejsze jabłuszka świata, przynajmniej ja mniejszych nie widziałem. Rosną

u nas w ogrodzie na drzewku chyba dziesięcioletnim, a ciągle niskim. To właściwie krzew niespełna dwumetrowy: JABŁOŃ SARGENTA.

Rośnie fantastycznie, bo w półcieniu, a co rok bardzo obficie kwitnie i owocuje. Nie atakują jej żadne szkodniki, żadne choroby.

Mam tylko jeden problem... Jak te jabłuszka wykorzystać?

 

 

 fot. sabina zając

 

Na surowo są bardzo kwaśne, bardziej niż pigwowiec chyba i twarde. Potem, gdy przejrzeją, szybko się rozpadają. A więc na surowo się nie da.

Kilka lat temu zamarynowałem je z goździkami. Aromat piękny, ale smakowo mniej, jak pamiętam.

Pewnikiem dobry z nich byłby ocet, ale trochę szkoda mi urody owoców. Na ocet wykorzystać mogę dziką jabłoń o nieco większych, bo wiśniowych owocach.

Może więc konfitura?

Znalazłem nawet ciekawy przepis. dotyczy on wprawdzie konfitury z berberysu, ale owoce podobne. Nie jest też trudny. Oto on:

Kilogram owoców, tylko umytych, zalewam gorącym syropem zrobionym ze szklanki wody i 80 dekagram cukru. Potem odstawiam na kilka godzin. Syrop znowu podgrzewam i zalewam ponownie jabłuszka.  Potem jeszcze raz... aż owoce będą szklić się jak kulki. Wówczas przelewam je do wyparzonych słoików i zakręcam... I to już koniec przepisu. Za kilka dni teorię zamienię w praktykę. Ciekaw jestem co wyjdzie.